Martwy fiolet arystokracji

Chciałbym tylko zaznaczyć, że wszystko o czym tutaj piszę wydarzyło się naprawdę albo nie, jakby były jakieś wątpliwości.

Może nie było to najcieplejsze lato, ale zimne lody i ciepłe gofry sprzedawane były wszędzie, praktycznie wszędzie, może nie do końca, ale w na tyle wielu miejscach, żeby to robiło zasadniczą różnicę w planowaniu własnych pomysłów letniskowych. Oczywiście należy robić wszystko co się da w celu uniknięcia tłumów ludzi, tych ludzi, którzy idą lewą stroną, mimo że chodzi się prawą, którzy stojąc w przejściu jedynym do przejścia, postanawiają zatrzymać się i porozglądać, w tym momencie, kiedy zdecydowanie nie powinni tego robić i to wszystko mimo usilnego niezauważania świata wokół w sytuacjach codziennych, fasad rzeczywistości, pod którymi kryją się kolejne nieoczywistości, nieistotne dla nich zupełnie w ciągu całego ich życia, ale zachwycające w momencie stania w przejściu. I ci tłoczący się turyści, którzy chodzą na tłumne wycieczki wokół pomników i zabytków zupełnie ich nieinteresujących, ale wiecznie, dzielnie trwający w postanowieniu, że każdą cząstkę świata należy przecież poznać, zobaczyć i nie zrozumieć. I ci obcokrajowcy, którzy przyjeżdżają tu, bo w moim kraju wszystko jest dla nich tanie, siedzą, piją i krzyczą mi do okna wieczorami swoje obcokrajowskie pieśni, a one nic dla mnie nie znaczą i na pewno znaczą mniej niż sen.
Ale było ciepło przecież – powtarzałem sobie jak ktoś, kto już nie ma czego powtarzać, bo wszystko go wnerwia, czyli, tak naprawdę, problem leży gdzie indziej, mianowicie w tym człowieku powtarzającym sobie te treści, bo skoro to normalne jest na całym świecie i zwykłe dla gatunku ludzkiego to skąd biorą się te wszystkie niechęci i lęki jak nie z człowieka, któremu przeszkadza stawanie w przejściu przez tych ludzi nie dlatego, że oni stoją w przejściu, ale dlatego, że on się wciąż gdzieś śpieszy i nie może nigdy przestać się spieszyć. Gdyby bowiem śpieszyć się nie musiał to te hordy uliczne i dla niego nabrałyby przecież wartości jak dla nich te fasady w momencie przejściowym, prawda? Przecież tam też są nieoczywistości, tam też są wieże psychologizmów bez pokrycia, tam również są gdzieś więźniowie języka, co można wyczytać z ich twarzy, powykręcanych, powyginanych w sardonicznych uśmiechach i turpistycznych zdziwieniach. Może gdyby ten dzień dla niego był dłuższy i służyłby mu za coś więcej niźli jedynie strach przed następnym to kopnąłby się w dupę i wrócił na drogę ku, tfu, szczęściu. Szczęściu? Może i jestem więźniem języka, może i jestem tym takim – o!, sobie człowiekiem, co sam nie może określić określenia, do którego zmierza, ku któremu dąży.
Ktoś mówił, że zbyt wiele negatywów, więc przejdźmy może gładko do historii.
Otóż, jest to lato, prawda, są ci ludzie, chodzą lewą stroną, noszą śmieszne kapelusze i klapki ze skarpetkami po ulicach i to jest ok, nie mam nic do tego. Są te obiekty noszone wiecznie w torebce albo w plecaku, jakaś woda, okulary przeciwsłoneczne, okulary przeciw widzeniu, kremy, aparaty, chusty, płaszcze (po co?), notesiki, telefony, ładowarki, słuchawki i ich brak w zestawie z irytacją, że się ich nie wzięło, bo teraz trzeba będzie, z nudów, rozmawiać, i cała reszta tałatajstwa, które człowiek sobą taszczy na takie wycieczki. Miało nie być negatywności, wiem, przechodzimy do historii.
Jestem ja, siedzę sobie w kawiarni i piszę wiersz o tym, że siedzę i piszę wiersz, bo jestem dość meta w swojej poezji, którą może piszę, a może nie, w zależności od interpretacji tego, czy jest pisaniem wierszy myślenie o słowach, ale nie tych literalnych, nie tych literkowych, tylko znaczeniach samych w sobie, te słowa opóźniających i bliższych im jednocześnie niż sam ich zapis, a następnie składanie ich w harmonijki i wypuszczanie jak ptaki do nieba, jak wtedy gdy papież zostaje wybrany (sprawdzić czy to prawda). Podchodzi do mnie kelnerka, gdy siedzę taki zamyślony i pyta czy podać coś jeszcze, ja mówię, że nie, dziękuję, po czym ona odchodzi, a ja wychodzę bez płacenia, bo nikt tego nie sprawdza, a jestem na tyle czysto ubrany, że jeśli mi się przypomni to powiem jej – och, mon Dieu, zapomniałem i dam jej te sześć złotych, niech ma, niech się cieszy. Zazwyczaj nie pytają. Jeżeli chodzi o schludność to wystarczy biała czysta koszula, rozpięta na dwa guziki od góry, jeden od dołu, chyba że zaczynają się dość nisko, to wtedy należy zapiąć, bo to już sugeruje słodkim paniom kelnerkom alkoholizm. Do tego krótkie spodenki z bawełny przed kolano, koloru beżowego, okulary przeciwsłoneczne typu pilot, słomkowy kapelusz i półbuty zamszowe, jasne, takie nie do chodzenia do roboty, ale raczej w okolicach plaży, takie buty dla kogoś, kto nigdy na plażę nie wchodzi, bo prędzej mu wybudują deptak do siedzenia w wiklinowym fotelu nad samym brzegiem morza i patrzeniem na przypływające i odpływające fale, w zupełnym niezrozumieniu tego zjawiska.
W każdym razie, po wyjściu z tej kawiarni i wejściu na wyjątkowo przyjemną ulicę mojego miasta, taką na modłę zachodnią, włoską, z ciosanymi kamieniami, które tworzą kamieniczki i kostką brukową wypukłą na tyle, by nikomu nie chciało się tam wjeżdżać autem. Ludzie uśmiechają się do siebie i mówią jakiś ekwiwalent ciao, kiedy w rzeczywistości mają to ciao na myśli przecież. I w tym tańcu, jakim jest omijanie kolejnych osób idących lewą stroną i stojących w przejściu, dochodzę do wody, rzeki, którą sobie wybrałem jako miejsce odpoczynku po trudach wymyślania wierszy składających się z tych znaczeń. Odpoczywam tam z alkoholem, chociaż nie, skreślić to, bez alkoholu, alkohol nie służyłby tej historii. Odpoczywam zatem i nagle, w momencie moich relaksacji popołudniowych, podchodzi do mnie kobieta dojrzała i patrzy mi się prosto w oczy. Mam oczy niebieskie, takie bezosobowe zupełnie, zawsze mówiłem matce, że wszyscy myślą, że jesteśmy socjopatami, ale tej pani to nie odrzuca i wpatruje się w moją twarz z zainteresowaniem, które graniczy z erotyką, ale nigdy nie jest tak blisko, żeby mieć pewność, więc zaczynam robić głupie miny, żeby ją zrazić, bo ta oto kobieta ma wyraźnie jakieś problemy. Ona jednak patrzy na mnie dziwnie wciąż i wciąż, nie odzywając się ani słowem. Zaczynam ją po chwili zauważać tak, jak nie widziałem jej jeszcze kiedy chciałem jedynie jej duch oddalić od siebie i wracać do przyjemnego świata jakim była moja popołudniowa monotonia. Kobieta dojrzała miała zielone oczy, czy można powiedzieć szmaragdowe? Możliwe, nawet nie z powodu koloru, ale specyficznego szlachectwa, które z niej biło i nie pozostawało złudzeń co do sposobu bycia i pewnej inteligencji charakteryzującej osoby urodzone z nazwiskiem znaczącym. Miała ciemne włosy, a ubrana była w dziką sukienkę, zwiewną, kolorów różnych, skupiających się jednakże w odcieniach fioletu i czerwieni, mieszających się i odbijających od siebie jak dwoje niedojrzałych kochanków, a to wszystko na tej dojrzałej kobiecie.
-Słucham? – powiedziałem do niej, nie wiem właściwie dlaczego.
-To prawda – odpowiedziała mi ona coś zupełnie sarkastycznego.
-Czegoś pani ode mnie chce albo potrzebuje? – zapytałem.
-Nie. Tak tylko patrzę.
-Teraz może pani odpowiedzieć głupim tekstem, ale prosiłbym, żeby pani tego nie robiła. Czy mógłbym zatem spytać dlaczego?
-Mógłby pan.
-Nie ma obejścia tego gówna.
-Pewnie jest.
-Pewnie jest.
-Dlaczego pani wpatruje się tak we mnie jakbym był obrazem jakimś i udawałaby pani w galerii, że ją porusza, kiedy nie porusza?
-Widzi pan – odpowiedziała i ziewnęła straszliwie, pokazując migdałki. Zupełnie nieuprzejmie. – Niewątpliwie jest pan interesującym człowiekiem, skoro schwycił pan moją uwagę.
Chciałem ucieszyć się komplementem, ale szybko się zreflektowałem, że tego rodzaju komplementy mają na coś na celu.
-A coś innego?
-Co innego?
-No jakiś inny powód, bo to było raczej kokieteryjne niż prawdziwe, a ja chciałbym wiedzieć coraz bardziej, bo wydaje mi się, że rozmijamy się w pewnych kwestiach.
-Jakich na przykład?
-Kokieterii.
-Czyżby?
-Naprawdę?
-Ha.

Po czym zamilkła. Zastanawiałem się co znaczyła ta durna rozmowa i kim jest ta kobieta, ale gdy tylko odwróciłem się to wciąż była w tym samym miejscu, więc stwierdziłem, że to jakaś wariatka, a nie widmo, które mogłoby rozpocząć jakąś przygodę i zdecydowałem się pójść do domu rozpalając zmysły obietnicami, by potem, jak w życiu zresztą, skończyć na niczym.

Dzienniczek człowieka: uwagi

Czwartek, święto, wszystkie sklepy pozamykane, ludzie szlajają się po ulicach w celu tylko sobie znanym, prawdopodobnie ma to coś wspólnego z tym mitycznym czasem wolnym, którego zawsze wszystkim brakuje i należy go wykorzystać w pełni.
Park. Młoda para z dzieckiem i koleżanką w ciąży. Mężczyzna bierze dziecko przekonany, że mają już stamtąd iść. Dziecko wyrywa się i krzyczy, że nie chce, okoliczna zgraja gołębi jest zbyt interesująca zarówno, jeżeli chodzi o uczenie się podstawowych kwestii związanych z istnieniem innych istnień oprócz naszego, byleby później o tym zapomnieć i pogrążyć się we wszechogarniającym solipsyzmie dorosłości, jak i w tym sensie agresywnym człowieka, w swojej potrzebie mordowania. Mężczyzna jest jednak przekonany i odchodzi wraz z dzieckiem, twierdząc, że gdy zostawi się je samopas to nigdy stąd nie wyjdziemy – KOCHANIE – KOCHANIE – przecież wiesz, że to prawda, sama przecież chciałaś iść – KOCHANIE – z tym kochanie, które jest akcentowane na pierwszą sylabę, z tą emfazą nieznoszącą sprzeciwu, napominająca i wstrętną. Żona jednak, mimo wcześniejszego wyrażenia chęci co do odejścia, widzi okazję nie tylko do zapewnienia swojej córce odpowiedniego doświadczenia (o którym i tak zapomni, jak już wspominaliśmy), ale również do ugruntowania swojej pozycji w małżeństwie. Zatem mówi do swego męża, przy swojej koleżance, tonem sprawiedliwego gniewu, że o co ci chodzi, chce zostać to niech zostanie. Mąż wtedy podnosi argument nieopuszczalności tej sfery, którą żeśmy umówili się, że opuszczamy. Ma też problem, na który ona nie zwraca uwagi, mianowicie na mnie, siedzącego w zaciszu mojej ławki, oblezonego przez mrówki, a że jestem mieszczuchem to kręcę się wciąż i wciąż, rozpraszam, zerkając na okoliczny świat co jakiś czas i on to widzi, a że ma potrzebę unikania scen, ma potrzebę bycia postrzeganym jako normalna rodzina, nie robiąca problemów innym, to chce odejść. Kobieta jest jednak już w swoim solipsyzmie niereformowalnym (płcie zresztą nie mają znaczenia)(a może mają?), toteż nie zgadza się z nim zasadniczo, a nawet wcale i mówi, że jak chce to może zostać. On zdołał tylko wyrzucić z siebie krótkie – ale – przerwane szybko ponownym stwierdzeniem żony, że jak dziecko będzie chciało to zostanie.
Sytuacja przenosi się na ławkę, na której zostają żona i koleżanka w ciąży, w czasie kiedy mąż, napomniany i zapomniany, użera się z dziewczynką, której obsługi zupełnie nie rozumie, więc próbuje się z nią bawić jak z chłopcem, co się nie udaje zupełnie i teraz wszyscy już są wkurwieni.
Na ławce dzieją się jednak inne rzeczy, bo ta żona z koleżanką zaczynają rozmawiać i im więcej żona mówi, tym więcej wiadomo o niej, że jest z tych, co nie znoszą sprzeciwu i wszystek rzeczywistości podpasowany musi być pod nie, więc nawet, gdy coś mówi koleżanka w ciąży to ta jej przerywa i głosem nieznoszącym sprzeciwu, podobnym do tego zastosowanego wobec męża, ale delikatniejszym, bo przecież wobec obcych należy być milszym (to nie koniec solipsyzmu, ale kolejne napomnienie dla niego, bo popełnia TYLE błędów). Koleżanka jednak nie daje się zbić z tropu i, choć widać jej delikatną naturę, podnosi głos wystarczająco, by ta nieznosząca sprzeciwu natrafiła na sprzeciw i od razu sobie myślę, że to małżeństwo to jacyś głupsi znajomi tej w ciąży i zadaje się z nimi właściwie z przyzwyczajenia, aniżeli z chęci. Bo przecież, jeżeli zna takie sztuczki, mimo swojej delikatnej natury, to musiała kiedyś zauważyć co działa na tych nieznoszących sprzeciwu paskudów, więc zastosowała odpowiednie środki do tej sytuacji. Oni zresztą, biorąc pod uwagę ich pretensjonalność i walkę między sobą o atencję tej w ciąży, są zdecydowanym mieszczaństwem jakimś na pograniczu z chłopstwem, strasznie gburowaci, tacy grubo ciosani ludzie, którzy za grosz nie mają w sobie subtelności. Żona jak ta baba na targu krzyczy głośno i napomina swego męża przy ludziach, a ten mąż-wąż przecież nie potrafi się postawić i tylko wykonuje zadania, zniszczony przez ideologiczne niesnaski, jakich dopuścili się w naszym kraju ludzie w latach sześćdziesiątych. Nie ma co się dziwić, nie ma co się dziwić.
A ja mam najgorzej w tym wszystkim, bo jestem sam na tej ławce, w tych mrówkach i pająkach, naprzeciwko tych dwóch Niemców w skarpetach i sandałach, wiedząc, że oni mnie obgadują, bo mam czerwone skarpetki i tak myślę, jak oni śmią, a nawet śmieją traktować mnie w ten sposób. I łapię się na własnej głupocie, gdy zakładam, że są ważni, bo są z wielkiego kraju i usłyszałem nazwisko Einstein, więc stwierdziłem, że inteligentni i czekam na rozmowę, ale potem sobie uświadamiam i pytam –  co ja właściwie robię? Dlaczego ciekawią mnie te małżeńskie pierdoły o ludziach, którzy się nienawidzą, ale nie na tyle, żeby powstrzymać przymus biologiczny i rodzinny przed płodzeniem, bo to już czas, więc Gośka skazana jesteś na mówienie KOCHANIE z akcentem na pierwszą sylabę, a ty Grzesiu na mówienie KOTKU z akcentem na ostatnią, trzeba się złapać kogokolwiek, bo im później tym gorzej, im szybciej tym lepiej dla kontrastu, więc nie ma co się łudzić, że znajdziecie kogokolwiek, kogo moglibyście, tfu, LUBIĆ, trzeba brać to, co jest. I ci Niemcy jeszcze i te mrówki, świat cały wręcz tętni mi w uszach, szumi może, szumi jak krew nasza wspólna ludzka, nigdy niewylana, więc niepewna własnego statusu. To wszystko się gryzie ze sobą, bo gdzieś to już widziałem albo czytałem o tym, a wmawiam sobie, że świat to dużo więcej niż

Tylko cichnie wszystko, kiedy w pociągu nie ma nikogo, jest ciemno, a konduktor nie żyje. Ja mam wtedy trochę wolnego miejsca we własnym genotypie, żeby spojrzeć na niego przez chwilę i, na swoje nieszczęście, pozakochiwać się troszkę.

Wyłaniając się z rozentuzjazmowanego niczego

Siedziałem w kałuży krwi, moja ręka lekko drgała, lekko, leciutko, jak trzmiel w powietrzu, wykonując swoje mini-ruchy, chcąc nie chcąc, odbębniając powierzone mu przez naturę zadanie. Pomyślałem – co za śmieszna rzecz, że taki trzmiel wie dokładnie co ma robić, kiedy i gdzie, że ma to wszystko gdzieś tam pod czułkami zakodowane i wstając wykonuje swoją robotę jak ludzie, którzy chodzą do pracy, żeby się utrzymać. Albo ul, zbudowany z wosku, a w braku innych materiałów z czegokolwiek innego, na przykład mąki, taki ul, który wisi sobie jako dom dla tych pszczół, dom, który zbudowały po to, by ochronić się przed drapieżnikami, przed wiatrem, deszczem i innymi zjawiskami atmosferycznymi. I wszystko co robiły, wszystko do czego doszły, udało się z pomocą metody prób i błędów natury. I wszystko co robiły było dla życia.
Przesunąłem się bardziej pod ścianę. Może to nie jest zły czas by umrzeć? Co za różnica zresztą. Koniec końców, swoje zrobiłem. Czym jestem poza tą powłoką człowieka? Niczym. To, że moja świadomość odbiera więcej bodźców niż zwierzęta, kwiaty i reszta kosmosu, nie znaczy praktycznie nic. Nie ma dodatków do życia poza życiem. Jest tylko to istnienie i czy mi się to podoba, jako istota dokonałem go w pełni. Stworzyłem kolejnych ludzi, ci ludzie, perspektywicznie, też stworzą kolejnych i będziemy sobie żyli dalej jako gatunek.
-Zamknij pysk.
I tylko te puste głosy w głowie, te zaczepki od absolutu są nie do zniesienia. Dobija się i dobija, tym swoim stuk, puk, o, dzień dobry, przeraża mnie śmierć, czy masz ochotę na poznanie naszego pana i zbawiciela – nieśmiertelności? Czy mogę cię zainteresować pierdoloną nadzieją na to, że jutro, kiedy już ciebie nie będzie to jednak będziesz? Czy mogę ci zająć chwilę? Tak, poczekam. I to wieczne skurwiałe buczenie całego świata o to, kto tam gdzieś w chmurach opowiada o przyszłości, czy to jest ten gość z brodą czy inny w czapce. A ja naprawdę chciałbym przeżyć swoje życie jako ateista, ale nie mogę, bo wszędzie te kretyńskie trąbki, które sprawiają, ze nie mogę iść do pracy, bo jest jakiś zasrany pochód, nie mogę iść do sklepu, bo jest święto pogańskie, które dla łatwiejszej konwersji zmieniło się w katolickie. I te wszystkie grupy nienawidzące się i ośmieszające nawzajem, wszędzie wokół mnie, a naprawdę nie chce mi się tego już słuchać.
-Mi też nie, więc może byś się, kurwa, zamknął?
I ta historia oblana krwią niewiniątek i tych może trochę winnych postaci, w winie upłynniona nienawiść, a czasem i na trzeźwo. A czasem i z pomocą innych niewinnych. I tylko ten stukot
-ILE MOŻNA PIERDOLIĆ?
Pardon?
-Ile można pierdolić, proste pytanie?
Że ja co? Ale, a co z nimi?
-Słuchaj, właśnie próbowaliśmy nieudolnie popełnić samobójstwo, żeby pożebrać trochę o atencję Weroniki, więc może odpuśćmy sobie to górnolotne pierdolenie i zastanówmy się jak to ogarnąć w przyszłości. Jak naprawić nasze małżeństwo i tak dalej? Bo szczerze? Pitolenie o chrześcijanach i reszcie po części jest problemem.
Czyli że co, że niby ja cały czas jestem w zaangażowany w wielkie rzeczy i zniechęcony przez ten świat pusty i bzdetny to znaczy, że nie poświęcam czasu swej małżonce i dzieciom, tak? To nie jest prawda. Słuchaj, chodzę codziennie do roboty i
-I gówno. Cholera jasna, od kiedy podstawowe kwestie związane z przeżyciem są jakąś jebaną zasługą? Szczerze pytam? Może ominęło mnie to zebranie? Gdzieś się spotykacie, wy, banda upstrzonych w piękne słówka kolesi, którzy malują sobie na pysku imponderabilia i walkę o sens, o wolność i o resztę, a nie potrafią nawet ogarnąć siebie samych i zrobić czegoś pożytecznego w życiu.
Życie nie jest po to, żeby być pożytecznym. Życie to dużo więcej, tak? Jest przecież
-Gówno jest dla ciebie, bo ani w tym, ani w tamtym świecie nie jesteś jakiś wybitny. Myślisz, że ci ludzie, którzy byli trochę mądrzejsi od ciebie, trochę wiedzieli więcej w temacie, myślisz, ze oni się spotykali z ziomkami na wódkę co tydzień i pieprzyli te same brednie w stylu: no, kościół jest zły, i ta partia jest zła, a kobiety to w ogóle są kurwy, bo nie ogarniają rzeczy, które uważam za ważne? Nie! Nie wiem czy zdajesz sobie sprawę, ale ci ludzie wiedzieli tyle, bo dowiadywali się o życiu więcej od ciebie. Jakim cudem oczekujesz, że poszerzysz swoje horyzonty, jeżeli codziennie widzisz się z Pawłem, Wojtkiem i Grześkiem, którzy mają razem skończonego jednego inżyniera, co? Weź się w garść i zacznij ogarniać wokół siebie rzeczywistość, bo chciałbym ci przypomnieć, że nasza córka nie ma możliwości rozwijania własnej tożsamości, bo na każde jej pytanie mówisz nie albo odsyłasz ją do tej nieszczęśliwej kobiety, którą nazywasz swoją żoną, mającej własne problemy zresztą, która również na każde pytanie Wiktorii odpowiada – ależ to dla ciebie za trudne kochanie, nie poradzisz sobie, musisz być takim gównem ludzkim jak my, żebyśmy się nie czuli przytłoczeni. A wiesz czemu tak jest? Bo sam ją tego uczysz, sam pokazujesz jej, że nie ma perspektyw i może ona była jakimś dzikim stworzeniem, gdy była jeszcze młoda, z nadzieją na lepsze cokolwiek, ale skutecznie, patrząc na to jak upajasz się swoją pseudo-metafizyką w postaci tabloidowych ideologii, porzuciła nadzieje na własną, subtelniejszą wersję świata i stała się pieprzoną kurą domową. I teraz to samo próbuje wyrobić w twojej córce. I może byś również przestał traktować ją jako jakieś swoje pierdolone trofeum, bo, z tego co pamiętam, ona też jest człowiekiem i jakoś, takoś, nie wydaje mi się, żeby jej aspiracją życiową było to, abyś miał w domu pierdolonego lekarza albo prawnika, najlepiej blok obok.
Ale
-Żadnych ale, pierdol się, nie mam ochoty z tobą rozmawiać już, bo gdy tylko pomyślę o górze lodowej twoich problemów i pierdolenia to mi się niedobrze robi. Poczynając od relacji z własną rodziną, w której jesteś bezwartościowym pantoflem swojej matki, po relacje z jej rodziną, gdzie jesteś podlizującym się okrutnikiem narzekającym na swoją żonę, po właściwie wszystkie relacje, w które dało się ciebie wepchnąć, ty mizerna kupo gówno. Jaki ja jestem przygnębiony codziennie, gdy uświadamiam sobie, że jestem częścią ciebie. Codziennie, gdy wspominam potencjał jakim byłem, który mógłby się tak wspaniale rozwinąć w kimkolwiek, zostać artystą, czy myślicielem, a może nawet kimś, kto w jakikolwiek sposób rozwija nasz wspólny świat. Ale nie, gówno, musiałem zostać potencjałem jakiegoś przedstawiciela handlowego ze średniej klasy, który przeczytał książkę raz ostatni w liceum i na bazie tego, że ludzie kupują szajs, który sprzedaje, buduje własną tożsamość, że jest zajebisty i w ogóle. Jak ja bym chciał, żebyś zdechł. Jak ja bym chciał, żeby ciebie nie było. Może to był dobry pomysł z tym samobójstwem, więc


-halo?

Dzienniczek człowieka: uwagi

Przechadzając się po pobliskim parku w celu znalezienia miejsca do rozmowy telefonicznej, podczas której można by usiąść na ławce i porozmawiać na świeżym powietrzu, nie żebym chodził do parków tylko po to, by zaimponować współczesnej gawiedzi chadzennictwem parkowym, uprawianym przez tak wiele osób w celach około-pretensjonalnych, takich jak trening uważności na puszkach po piwie i dobrodziejstwie inwentarza jakim jest okoliczny alkoholik z zameldowaniem; ale właśnie w celu jakże szlachetnym jakim jest rozmowa na świeżym powietrzu, które pobudza do rozważań na temat około-polityczne (jak zawsze) oraz bezsensownie artystyczne (jak nigdy); naszło mnie oświecenie nagłe i przykre, że świat jest zbyt zarozumiały, by się do czegoś przyznawać dlatego, na zasadzie palimpsestu, zapisuje i zmazuje z siebie kolejne fronty przybierane przez persony w naszym otoczeniu, zarówno codziennym, jak i telewizorowym, na tych samych palimpsestach zapisując i zmazując hipokryzję własną i cudzą.

Słowem – miałem głupie przemyślenia jak byłem pretensjonalny w parku.

Nic innego nie ma w kolejnych obozach politycznych, sklecanych zręcznie za pomocą absolwentów kierunków, z których się śmialiśmy w liceum, a teraz oni się śmieją nas, bo okazało się, że jak idziesz na psychologię to możesz zacząć doradzać politykom, w której nogawce mają nosić fiuta, by wyglądać bardziej prezydencko. I możesz na przykład prosić ich o to, żeby kogoś przytulić albo nie. Najlepiej ze zdjęciem.

I w tym parku, z tymi myślami, o których już wspomniałem, z bardzo estetycznym zestawem słuchawkowym (headset, debilu, nikt nie mówi słuchawka, chyba, że się psuje), nie zwracając uwagi na zameldowanych alkoholików i niezameldowane wszy społeczne takie jak ja, pomagałem komuś przez telefon uporać się z ciężkim przypadkiem chronicznego braku zadowolenia z teściów jakie przypadły w udziale tej osobie i naszło mnie kolejne oświecenie (bez przesady)(zamknij pysk), iż owi teściowie, tak chyżo i skowyrnie przechadzający się po naszym zbiorowym doświadczeniu, że łoni muszą przecież też być kimś i ta cała polemika z zięciem na temat Donalda Trumpa, temacie, o którym nie mają nic pojęcia, to nie tylko zwykła dyskusja na tematy społeczne i bieżące, ale potężne przepychanie się siusiakami o dobro córki, która nie może być z kimś, kto przy stole rodzinnym wypali jakieś głupstwo o tym, że homoseksualizm to nie jest choroba, a geje powinni mieć takie prawa jak każdy inny, żeby spierdolić sobie życie, więc w zasadzie czym by się tu przejmować?

I gdy te kilka myśli przechodziło mi przez głowę w tempie przerażającym, w tempie tak szybkim jak szybko odchodzą te wszystkie milutkie zapewnienia, które się składa tej-z-która-się-AKURAT-mieszka, o własnym zaangażowaniu, nie tylko w jej fizys, ale również w jej sprawy życiowe i, co ważniejsze, w nią i waszą relację, jakże szybko bowiem one wszystkie znikają w momencie, gdy przez Twoje (tak, Twoje czytelniku) roztargnienie, ta-z-którą-JESZCZE-mieszkasz nie ma łyżki do jogurtu WOMEN (nowa wersja MEN, wszystkiego mniej, ale jest odchudzający błonnik).
I gdy tak myślałem o tym wszystkim, chodząc z miejsca na miejsce (dzisiaj to nie przejdzie), wdepnąłem w psie gówno i stwierdziłem, że w dupie z tym wszystkim, może warto wrócić do nałogów.

Rzeczy do polecenia:
-kup se nowe słuchawki, bo to wygląda idiotycznie jak tak trzymasz
-jogurt WOMEN (wylał się, nie wiem jak to się stało)
-jogurt MEN (ktoś mi go wylał, a Ty czytelniku, musisz być silny i zdrowy, żeby czytać wciąż i wciąż)
-częstsze pranie ręczników i pościeli

Pozarażam

Inercja twórcza

I warto było? Czy warto było to wszystko powtarzać, za każdym razem w ten sam sposób, jakby starając się opisywać jakąś historię, usilnie wcierając ją w ramy, wciskając jak ten puzzel, kanciastymi łapami macając kanciastą przeszłość? Z tej przeszłości wyciągając co pikantniejsze kawałki, ażeby kiedyś w wyidealizowanej przyszłości opowiedzieć ją tak, jak się chce? I warto było się w to bawić? Przecież każda historia, która ma początek, rozwinięcie i zakończenie, i nic poza tym, jest bezwartościowa. Wiesz na jaki ja wpadłem pomysł? Proste, zmienić hierarchię, nie bawić się w przyszłość, przeszłość i tak dalej. Przecież świat się staje, a nie zaczyna i kończy, tak? No właśnie. Więc pomyślałem, że po co zaczynać, bo to nic nie daje i po rozwijać, bo to tylko zapchaj-miejsce. Kumasz? Zacząłem pisać tylko zakończenia. Ekskluzywnie tworzyłem końcówki, żeby z punktu widzenia ostatnich stronic historii tylko patrzeć na to, czym była.
 I to działa. Bo odejmujesz ten element pod tytułem „Co autor miał na myśli?”. Nie ma interpretacji, nie ma subiektywnych pomysłów na to po co, ktoś tam, coś. Nie. Wszystko jest subiektywne. Subiektywne początki, subiektywny symbolizm, wszystko. Masz na przykład końcówkę, w której autor opisuje przez kilka stron pościg. I ten koleś biegnie, biegnie, tamten go łapie, naparzają się, norma, a potem jeden z nich cedzi przez zęby coś w stylu – nigdy więcej i zabija drugiego. Klasyk. Potem dajesz to ludziom i wszyscy mają inne interpretacje. Ten bardziej romantyczny stwierdzi, że chodziło o jakieś niesnaski w związku z kobietą. Inny, bardziej progresywny, że się chłopaki zdradzały nawzajem. Ten polityczny, co wszyscy go blokują wszędzie zacznie dopatrywać się w tym jakiejś ideololo, że niby nigdy więcej nie oddamy naszego kraju. Ten z drugiej strony barykady powie, że nigdy więcej nie podniesie się brunatna chmura, kumasz? Idealne rozwiązanie. I najlepsze w tym wszystkim jest to, ze każdy z nich będzie wielkim fanem tego bohatera, bo będzie na tyle nieokreślony, że bez problemu wsadzą w niego cokolwiek zechcą, najlepiej, lepszą wersję siebie.
Po co? Nie rozumiesz nic. Nic nie rozumiesz. Sztuka jest już bezsensu. Sztuka nie tłumaczy się sama przez się tylko musisz mieć stronice dlaczego to jest takie dobre, wyjaśnień, głębi kolorytu bohatera i wszystkich tych pierdół, tak, pierdół zakłócających ci odbiór, zakłócających bezpośredni dostęp do dzieła sztuki. Nie ma tej intymnej relacji, gdyż środowisko artystyczne jest przeintelektualizowane w tym najgorszym sensie, czyli w połączeniu anegdotycznej, wręcz kazuistycznej wiedzy z absolutnym brakiem subtelności. Dlatego ja piszę końcówki, bo dbam o subtelność. Bo jedną rzeczą mogę powiedzieć tak wiele, nic nie mówiąc wcześniej, za niczym poważnym nie stojąc, rozumiesz? Nie ma za mną słów pisanych wielką literą oprócz symbolicznego duetu Pierdol Się, w którym pokładam ostatnie grosze eksplanacji, jakie mi zostały po mojej małej rewolucji. I piszę tylko końcówki.
Nie sprzedaje się dobrze, to fakt. Ale nie po to się robi sztukę, prawda? Jeżeli zasiadasz przy czymkolwiek z myślą o komercyjnych aspektach tej zabawy to usiądź gdzieś indziej. Po co mazać się po sztuce. Jakbyś chciał zarobić pieniądze to mógłbyś pójść gdziekolwiek, na ekonomię, na sprzedawcę, kurwa, na lekarza, czy kogokolwiek kto żyje dla zarabiania pieniędzy. Ale nie tutaj. Ja wierzę w to co robię. Wiesz jak to złożyłem? Napisałem dwadzieścia końcówek i wysłałem do różnych redakcji. Różne redakcje zareagowały różnie, ale kilka wyraziło swoje zaintererere, więc idealnie. Potem dopisałem jeszcze czterdzieści i zrobiłem z tego kilkuset stronicowy zbiór końcówek historii, które mogłyby się wydarzyć. Wiesz jak to nazwałem? „Wszystko”. Bo wszystko w tym jest.
Potem wymyśliłem ciebie. To była moja największa batalia ze sobą. Moje małe ty na końcu każdej narracji, wciąż żyjące, wciąż zadające mi pytania o mnie. Mój najlepszy, najgorszy przyjaciel. Zwierciadło, w którym odbijam własne myśli, motywuje mnie codziennie, buja mną, gdy do niego mówię, tracąc go jednocześnie za każdym otwarciem. Mój własny subiektywizm wyinterpretowany ze mnie i położony gdzieś obok, żebym był ja i mógł na siebie spoglądać jak patrzę. Kumasz? Inny i Ten Sam, tego typu zabawy. Wyrwany język, który nie potrafi przestać paplać, co tylko mu przyjdzie na myśl, co tylko jest w stanie wyciągnąć z tej rzeczywistości, w której egzystuje, z tej kartki papieru, swojego prywatnego więzienia bez widoków na przyszłość, bez widoków na teraźniejszość, z jaśniejącym widokiem tylko na boki kartek i inne końcówki. Postać rozumiejąca tylko tyle, ile da się jej zrozumieć, a następnie wyprzedzająca siebie samą, bo znajduje coś pomiędzy słowami, coś „w pomiędzy” zabawą językiem. W tych słowach używanych nieprzypadkowo, w tej koszuli założonej z jakiegoś powodu, który wymusza na mnie nawet to, żebym przyznał się do noszenia tej szpetnej, spoconej, spranej i pogniecionej koszuli, tej koszuli, w której muszę pokazać swój status, w koszuli, którą dostałem, bo nie mam pieniędzy, bo nie potrzebuję pieniędzy, bo chcę, kurwa, żyć, proszę, przestań już, nie męcz mnie, bo ile można, bo ile człowiek wytrwać może samego siebie?!

I teraz pora na mnie. Jak wymyśliłem siebie to